Darmowe fonty z nieba

Czy zastanawiasz się czasem, co by tu usprawnić?
Najlepiej w życiu, a jak się nie da to w pracy lub ostatecznie, wg planu minimum, w oprogramowaniu?

Używasz Google Fonts?
Doskonała inicjatywa wielkiej kompanii, dzięki której szerokie masy użytkowników mają darmowy dostęp do często doskonałych fontów od uznanych projektantów. Dodajmy, że dostęp do tego produktu ma rzeczywiście każdy, a nie tylko banda wtajemniczonych designerów. Także ty, twoja mama i jej syn.

Fonty udostępniane są w Google Fonts na licencji SIL, czyli bez wdawania się w głębokie dyskusje na ten temat, licencji typu open source. Prosta ta licencja znalazła w naszym studiu uznanie już kilka lat temu, bo… jest prosta i zrozumiała.
W skrócie, możesz używać produktu, który jest nią objęty, w swoich projektach komercyjnych, o ile twój model biznesowy nie polega na odsprzedaży udostępnionego produktu.

Czytelna licencja to skarb, bo licencje na fonty to czasem niezła zagwozdka i to nawet nie dlatego, że pisane są w różnych systemach prawnych.
Częściej problemem jest fakt, że licencje są tworzone, a często wręcz „tworzone”, nawet jeśli w dobrej wierze, przez samych projektantów, którzy od prawa powinni trzymać się z daleka. Tylko dlatego, że niewiedza nie pomaga. Może mały przykład? Z ciekawością obserwujemy jeden z prężnie rozwijających się rosyjskich domów produkcyjnych, bardzo popularny na Behance. Jego młodzi twórcy zaczynali od… braku licencji i nieodpowiadania na maile z zapytaniami o formę prawną rozdawnictwa, które uprawiali. Ze zgrozą obserwowaliśmy, jak wielu nieświadomych sytuacji prawnej projektantów dziękowało za „darmówki” Rosjan, nie zdając sobie sprawy, że niechcący pakują się w kłopoty, gdyby Rosjanie mieli złe intencje.
Dziś ich licencje są wzorem czytelności. Tyle, że minęły dwa lata partyzantki!

Jeśli myślisz, że błędy dotyczą tylko małych studiów i samotnych freelancerów, lepiej uważaj. Nawet renomowanym font-shopom jak myFonts, gdzie funkcjonują różnego pochodzenia licencje, zdarzają się błędy.
Cóż z tego? Ostatecznie, pośrednik z pewnością w regulaminie sklepu zawarł klauzulę, że nie odpowiada za naruszenie sprzedażą praw osób trzecich, a ty jako kupujący odpowiadasz za wszystkie szkody. Robią tak fotograficzne sztokownie, uwierz, robią tak także type foundries. Spróbuj sobie wyobrazić, jakie to daje pole do popisu wszelkiej maści oszustom.

Co robić? Myśleć. Przede wszystkim.
W razie wątpliwości dobrze jest też nawiązać kontakt ze sprzedawcą lub projektantem fontu. Jeśli widzisz, że licencja skonstruowana jest za pomocą metody copy-paste z licencji do licencji, że zawiera błędy w treści lub nie zgadzają się opisy pliku, czas rozważyć, czy wszystko razem nie wywołuje w tobie odczucia, by o tak licencjonowanym foncie zapomnieć.

To w ogóle powinna być złota zasada, w razie jakichkolwiek wątpliwości po prostu porzuć myśl o użyciu czegokolwiek, co jest utworem w rozumieniu prawa autorskiego. Pamiętaj, nawet utwór nieznanego autorstwa czy utwór sprawiający wrażenie opuszczonego wciąż posiada autora, który może się objawić niczym deux-ex-machina i problemy gotowe. Mamy tu nawet taki artykuł, który traktuje wprawdzie o prawie autorskim w kontekście fotografii, ale zapewniamy cię, znajdzie zastosowanie także w kontekście fontów.

 

Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co jest nie tak w ofercie Google Fonts?
Właściwie nic poza pewnym chaosem, który powstaje, gdy fonty się zakupi lub ściągnie na lokalny dysk i zacznie używać, a producentowi fontu przypomni się nagle, że popełnił kilka błędów i trzeba je naprawić, wysyłając na serwer nową wersję.
Nieuchronnie prowadzi to prędzej niż później do sytuacji, że zaczniesz używać nieaktualnej wersji. Pal sześć, jeśli błąd dotyczył 666. iteracji koreańskiego znaku przestankowego, gorzej, jeśli błąd był poważny i warto by użyć poprawionej wersji.

Problem dotyczy wszystkich producentów i sprzedawców fontów, równo jak leci. MyFonts radzi sobie poprzez powiadamianie o poprawkach via e-mail, tyle, że w myFonts już tyle razy zmieniały się sposoby zapisu nazw plików czy organizacji plików w oferowanych archiwach fontów, że upgrade jest bardzo upierdliwym zajęciem i prowadzi do niepotrzebnego zwielokrotnienia posiadanych plików oraz braku pewności, który jest nowszy.

 

To w ogóle ciekawe zjawisko, bo czy zastanawiasz się czasem, co jest nie tak z tymi wielkimi korporacjami i uznanymi na świecie firmami, które mają na usługach i w swoich szeregach tych licznych świetnych fachowców?
Fachmanów, co mają skomplikowane nazwy zawodów na wizytówkach, coś w stylu programista-designer-developer, koniecznie z jakimiś UX, front- i end- dopiskami.
Specjalistów, co przed dwudziestką okrążyli glob ze 3 razy, NBA kończyli pod Kurskiem, doktorat robią lub właśnie uzyskali gdzieś w Dolinie Krzemowej i znajdują się na takiej liście płac, co to każdy chciałby się na niej znaleźć!
Mają te wszystkie cudowne dzieci i wypuszczają knoty, które nie przeszłyby nawet w Koluszkach Dolnych, w najprostszej firemce od nowych mediów typu jedno-biurko-dwa-krzesła. Nie przeszłyby, bo tam każdą złotówkę ogląda się czterdzieści i cztery razy, więc nieuchronnie za którymś razem wydającemu musi się włączyć myślenie.

 

Nie przeszłyby, gdyby ktokolwiek z twórców użył produktu, który został wyprodukowany. Mamy tu taką historię z pogranicza typografii i korporacji.
Wielki, znany i renomowany producent fontów, Monotype, postanowił ulżyć naszej zawodowej niedoli i wypuścił program, o którym detepowcy śnią w swoich mokrych snach. Słowa wielki, znany i renomowany zostały użyte specjalnie i dokładnie mieszczą się w kontekście przedmowy, którą uczyniliśmy wyżej.

Oto na typograficzną scenę wkroczył niedawno SkyFonts.
Co robi ten program z nieba?! Samo dobro.
Kiedy ściągniesz za jego pomocą fonty z Google Fonts lub Fonts.com, zainstaluje je w systemie i udostępni ci, kiedy uruchomisz wspomniany program:How to add a Google Font into SkyFonts App

Wyłączysz program i fonty znikają z systemu do następnego uruchomienia programu, nie obciążając i tak ledwo dyszących w tych upałach ajkorów Intela czy systemów walczących z przepełnieniem buforów.
Aplikacja rozwiązuje także wspomniany problem z archiwizacją i uaktualnianiem fontów. Jeśli szalony projektant fontu udostępni na serwerze firm biorących udział w projekcie kolejną poprawkę swojej twórczości nr 23123242.31.1, już czwartą od wczoraj, SkyFonts uaktualni font w twoim systemie bez twojego udziału.

 

Cudownie proste. Co tu można zepsuć?! Okazuje się, że można.
Program domyślnie instaluje się na dysku systemowym, więc od razu stawia wyzwanie każdemu, kto wykonuje od czasu do czasu przywrócenie systemu lub korzysta z rozszerzonych funkcji odzyskiwania i naprawy systemu, dostępnych w Windows 8.

To nic, da się przeżyć, można też zainstalować program na innej partycji, szkoda tylko, że taka aplikacja nie występuje w postaci stand alone i portable. Można by ją zabierać ze sobą, np. do klienta czy drukarni wraz z fontami. Prawda, że miłe udogodnienie?

Pytanie bez odpowiedzi, dlaczego fonty instalowane są w innej lokalizacji niż sama aplikacja? Jeszcze lepsze pytanie, dlaczego ukryty folder z zainstalowanymi fontami użytkownicy Windows znajdą w… systemowym folderze Temp
(C:\Users\%username%\AppData\Local\Temp)?!
Każdy power user wie, że Temp czyści się regularnie, pomagając Windows w uwolnieniu się od niepotrzebnych naleciałości. Nawet kilka razy dziennie. Jeśli trzeba. A trzeba, bo każdy program działający w systemie za punkt honoru stawia sobie wypełnienie tego miejsca po brzegi plikami tymczasowymi. Gorzej z jego opróżnianiem.
Jeśli przypadkiem masz zaznaczoną opcję Pokaż ukryte pliki i foldery w systemowym Eksploratorze, to przy najbliższym czyszczeniu śmieci systemowych wyrzucisz także wszystkie zainstalowane przez aplikację fonty. Na razie aplikacja nie pozwala tego folderu przenieść w jakieś bezpieczniejsze miejsce, więc tymczasowo pamiętaj, by nie usuwać folderu o nazwie skyfonts-google.

Dobrze myślisz, dzięki nieudokumentowanemu trikowi, czyli prostemu myśleniu i małemu eksperymentowi typu copy-paste, wiemy już dzisiaj, że możesz sobie zarchiwizować ten folder i w razie reinstalacji systemu wgrać go sobie w to samo miejsce, a aplikacja SkyFonts wczyta fonty dostępne w katalogu.

Wspominamy o tej możliwości, bo ładowanie fontów w przeglądarce jest trochę nieprzyjemne. Na pewno jest nieprzemyślane.
Jeśli zaczynasz od stworzenia kolekcji w Google Fonts, to wiesz, że po zakończeniu tworzenia kolekcji możesz wszystkie zebrane w niej fonty ściągnąć za jednym zamachem. Google usłużnie zapakuje ci je do archiwum ZIP i rozpoczniesz jego ściąganie.
W oknie pobierania kolekcji jest też link do SkyFonts:Google Fonts Collection Download

Link ten nie przeniesie cię do jakiegoś magicznego skryptu, jak byśmy oczekiwali (bo dlaczego by nie), który zaimplementuje kolekcję w twoim systemie, lecz do strony głównej SkyFonts:Sky Fonts Home PageNa tej stronie będziesz zmuszony ponownie, ręcznie, znaleźć wśród wszystkich dostępnych fontów „swoje” fonty (które już były wybrane w kolekcji), a potem kliknąć każdy z nich z osobna, by dostać się do guzika Add przy każdym foncie, i znów z osobna kliknąć ten guzik dla każdego dodawanego fontu.
Wszystkie okna komunikatów towarzyszące tej akcji są wielkie jak dla idioty (to pewnie pozostałość po modnym jeszcze wczoraj like-iOS-design):SkyFonts Google Fonts Add info
Okno z guzikiem Add ma tendencję do nieukrywania się, a ponieważ przykrywa jakieś 1-2 sąsiednie fonty, czasem jedynym możliwym sposobem na doinstalowanie następnego na liście fontu jest odświeżenie widoku. Dobrze się domyślasz, że odświeżenie widoku w przeglądarce wyrzuca cię na start, do ekranu głównego SkyFonts.
Zabawa niczym w grze planszowej. Potrzebna?

Prościej jest ściągnąć kolekcję i ręcznie wrzucić ją do tego „sprytnie” ukrytego folderu, niech sobie SkyFonts wczyta wgrane fonty przy najbliższym uruchomieniu appki.
Uruchomienie i działanie SkyFonts to dwa nowe problemy. Aplikacja proponuje, by zezwolić jej na start z systemem. Słusznie, bo w trakcie startu systemu może sprawdzić dostępność aktualizacji fontów, ale znów ktoś nie pomyślał. Aplikacja startuje jako niezminimalizowana, z ogromnym oknem, chociaż przecież uruchamia także ikonkę w zasobniku systemowym (to ta niebieska z białą literą S):SkyFonts start aplikacji z systemem

Ikonka SkyFonts w zasobniku systemowym też nie zachowuje się zbyt poprawnie.
Ikonka ta potrafi nagle zresetować kolejność ikon w trayu, sprawić, że część ikon zniknie albo zrobi się zupełnie przezroczysta.
Przyznajemy, że to chyba najbardziej uciążliwa usterka w działaniu apki SkyFonts. Szczególnie niezadowoleni będą wzrokowcy, co zrozumiałe.

 

Czas na podsumowanie.
Gdy z rynku zszedł Adobe Type Manager Deluxe, właściwie żadna aplikacja do zarządzania fontami w systemie nie zdołała zastąpić tego wysokiej jakości produktu.
Pewnym uznaniem cieszy się chińska aplikacja pod nazwą Nexus Font. To dobry program, ale jest on mało intuicyjny i nieostrożna obsługa może doprowadzić do skasowania fontów, którymi zarządzamy. Nexus Font zna kilka tricków godnych początku obecnego wieku, potrafi na przykład instalować fonty na czas aktywności programu.

Jednak żadna aplikacja tego typu nie zbliżyła się nawet do pomysłu leżącego u podstaw SkyFonts. SkyFonts to doskonały pomysł, który naprawdę rozwiązuje kilka kluczowych problemów z zarządzaniem fontami.

Szkoda, że program jest niedopracowany.
Należy się więc cieszyć, że mimo wszystko działa. Stabilnie i raczej bezproblemowo, poza opisanymi wyżej wyjątkami. To aplikacja dla każdego, kto potrzebuje programu do zarządzania fontami, przydatna także niedzielnym userom. Pomaga zachować porządek, aktualność kolekcji, nie wymaga znajomości rocket science.

SkyFonts rośnie też konkurencja. Synchronizacja fontów pojawiła się w Adobe Cloud, ale nie mamy pewności, czy ta funkcja już działa. Poza tym jest płatna, przestaje funkcjonować w momencie zakończenia subskrypcji i ograniczona została do rozwiązań Adobe Typekit:

Adobe Creative Cloud Type Kit

A zatem, czy używać SkyFonts?
Jeśli alternatywą jest ręczna aktualizacja kilkuset fontów i bawienie się w sprawdzanie numerów wersji oraz nazw i dat plików, to powiedz, jakie masz wyjście?

_

Czytaj też o zagadnieniach prawnych na blogu Creamteam Branding & Advertising Design Studio:

 

 

21 Pingbacków/ Trackbacków