Subskrypcja Adobe okiem uzależnionego profesjonalisty

Gadać każdy może, i jak wspominaliśmy w artykule Creamteam Branding & Advertising Design Studio, traktującym o identyfikacji miasta Krakowa, nie zawsze jest jasne, co jest celem takiej przemowy, więc nie należy bezkrytycznie przyjmować każdej paplaniny, tylko przez wzgląd na wielkość wypowiadającej się osoby czy wywierany wpływ mówiącego.

 

Rozum trzeba mieć własny.
Mój od jakiegoś czasu podpowiada mi, że moja wielka atencja do oprogramowania Adobe nie spotyka się z należną jej odpowiedzią.
Tu muszę zaznaczyć, że, jak wielu wczesnych użytkowników programów Adobe, uważam takiego Photoshopa czy inDesigna za gwiazdy pierwszej wielkości, które zrewolucjonizowały branżę medialną (niestety, jak reszta starej gwardii, uważam też, że Illustrator faktycznie jest programem dla ludzi z tytułem co najmniej magistra).
Szczególnie Photoshop jest programem niezwykle funkcjonalnym, prostota jego budowy przypomina mi konstrukcję i użytkowanie Kałasznikowa, wszystko z nim można zrobić i zawsze działa. Powiedzmy, że zawsze, bo taka opinia jest uprawniona do wersji 5.5, potem było gorzej, najgorzej jest z CS, a CC to już poważne problemy ze stabilnością działania. Ale nawet one nie były w stanie zmienić mojego dobrego zdania o firmie Adobe.

Co innego sama firma, która, mam wrażenie, wychodzi ze skóry, by zniechęcić do siebie nawet tych najwierniejszych klientów, którzy pamiętają jeszcze jej początki sprzed ponad dwudziestu lat. Ostatnim etapem tej opowieści zdaje się być frontalna zmiana zwyczajów biznesowych—subskrypcja oprogramowania!
Uważam, że subskrypcja Adobe to zło, narzędzie ograniczające prawa konsumenta. Zło porównywalne ze stosowaniem zabezpieczeń DRM w elektronicznych publikacjach (w co także, zauważ, był zamieszany Adobe ze swoją platformą Digital Edition).
Teraz pozwól, że spróbuję ci uzasadnić moje zdanie.

nVidia i Adobe w Creative Cloud

I’ve a feeling we’re not in Kansas anymore.
Zobaczyłem jakiś czas temu banner, informujący o współpracy Adobe i największego producenta czipów graficznych. Najpierw nic do mnie nie dotarło, lecz potem spojrzałem wstecz, na swoje dotychczasowe poglądy na temat polityki Adobe, i po chwili zrozumiałem, że oto stoję w drzwiach do nowego świata, którego nie chcę i którego nie zaakceptuje nikt, kto myśli zdroworozsądkowo.

Tales by Creamteam. Alice's Adventures in Wonderland

Ciągła wymiana oprogramowania to tylko wstęp! Za jej pomocą wprowadzić można następne narzędzie do zarabiania pieniędzy—ciągłą wymianę sprzętu.
Producent oprogramowania, władający nim zdalnie, bardzo łatwo zmusi mnie i ciebie do niepotrzebnej wymiany sprzętu, gdy tego zażyczy sobie partner tego czy innego porozumienia.
Wprawdzie trzeba przyznać, na obronę Adobe, że dziś w subskrypcji dostępne są także poprzednie wersje oprogramowania z okresu objętego subskrypcją, więc twój starszy sprzęt nie zostaje od razu zdyskwalifikowany, ale nie można zapomnieć, z drugiej strony, że serwery aktywacyjne firmy też miały być wieczne i dziś już są wyłączone.

 

You can’t connect the dots looking forward,
you can only connect them looking backwards.
Oczywiście, zostanę zaraz pewnie zakrzyczany, że nikt tu nie będzie się godzić na nieetyczne zachowania rynkowe, że przecież mamy odpowiednie instytucje, że…
Pozwól więc, że w odpowiedzi na podobne głosy zanucę sobie tę oto piosenkę: Parole, Parole, Parole… bo żyję w świecie post–ACTA, który to akt wprowadzano pod sztandarami wzniosłych haseł i w atmosferze „robienia dobrze” wszystkim mu podlegającym (w tym mnie) nawet wbrew ich woli… bo żyję w świecie, w którym światowy hegemon przegłosował w swoim Sądzie Najwyższym równość praw korporacji z prawami człowieka… w świecie, w którym całkiem poważnie rozważa się uwalnianie od odpowiedzialności prawnej władz spółek akcyjnych, winnych naruszeniu prawa w procesie realizacji innego obowiązku prawnego—maksymalizacji zysku akcjonariuszy (za Korporacja. Patologiczna pogoń za zyskiem i władzą, Joel Bakan, Wydawnictwo Lepszy Świat, 2006).

 

The consumer isn’t a moron, she is your wife.
Bardzo prawdopodobne, że jesteś fanem Steve’a Jobsa, przywódcy Apple, może więc czas zacząć łączyć słynne kropki, jak chciał twój idol.
Potężna firma na szczycie łańcucha pokarmowego, która może zrobić bardzo dużo wbrew twej woli i wbrew twojemu interesowi. W celu maksymalizacji zysku swojego akcjonariatu wchodzi w alianse, które mogą skutkować dalszym pogarszaniem twojej sytuacji konkurencyjnej.
Nie bardzo przejmuje się rynkiem, na którym działasz (chociaż jest współtwórcą tego rynku), a dysponuje narzędziami mogącymi zaburzać relacje na tym rynku.
Wreszcie, wbrew naukom guru reklamy Ogilviego, to firma, która uważa cię—swojego klienta—za idiotę, nie umiejącego policzyć do, maksymalnie, 2000 Euro lub nie pamiętającego wydatków na oprogramowanie poczynionych w ostatnich latach, wydatków tak znacznych, że niektórzy potrzebowali unijnych funduszy, by sobie na nie pozwolić.
Na końcu jesteś Ty i tu, paradoksalnie, postaw pierwszą kropkę.

 

 

Poniżej zebrałem, dla twojej wygody, wszystkie moje argumenty przeciwko subskrypcji Adobe, rozrzucone do tej pory po kilku artykułach na blogu Creamteam Branding & Advertising Design Studio oraz na Archiwum Bloga Creamteam.
Jeśli czytasz nas systematycznie, argumenty te znasz, nic nie stoi na przeszkodzie by opuścić tę część, chociaż zawsze jest mi miło, gdy okazujesz zainteresowanie moim słowom i pracy.
Jeśli jesteś nowym czytelnikiem, wiedz, że poszerzanie horyzontów to nie grzech, tym bardziej więc zapraszam cię do zapoznania się z moją argumentacją:

Niezadowoleni konsumenci postanowili zwalczyć ograniczenia dozwolonego użytku (DRM) stosowane przez wydawców i przynajmniej w Polsce jakoś to się udało załatwić. Zamiast twardych zabezpieczeń, np. przypisujących treść elektroniczną do sprzętu (wymiana sprzętu oznacza utratę na zawsze wartości, którą się nabyło), dziś stosuje się powszechnie oznaczanie elektronicznej publikacji znakiem wodnym, co jednak nadal jest, dla mnie, formą ograniczającą prawa konsumenckie, dodam, na dodatek nieprzemyślaną.
Nikt, ze stosujących znaki wodne wydawców, nie zająknie się bowiem, co stanie się z konsumentem, któremu np. ukradziono tablet czy telefon wypełniony legalnie nabytymi książkami i czasopismami, podpisanymi oczywiście znakiem wodnym (czytaj, na pewno mailem, imieniem oraz nazwiskiem, może też adresem zamieszkania). Tak, gdybyśmy żyli w Korei Północnej, to nie byłoby problemu, nie można przecież ukraść czegoś, co nie występuje na danym terenie!

Żyjemy jednak pośrodku Europy, a jedynym zalecanym przez znawców e-bookowego tematu rozwiązaniem problemu jest usuwanie znaków wodnych przed uploadem do urządzenia. Pozostaje otwarte pytanie o legalność tej czynności. Wiadomo, o czym zaraz będzie jeszcze mowa, że każdy interpretować będzie tu prawo na swoją korzyść.
Konsument, jako strona słabsza, ma prawo obawiać się o swoją sytuację w ew. sporze z wydawcą w kontekście utracenia wartości chronionej. Konsument z pewnością zostanie w takim sporze określony przez wydawcę mianem winowajcy (a kto mu zabroni w obecnie panującej atmosferze nagonki na tzw. dozwolony użytek vide ACTA czy działania organizacji powołanych do ochrony praw autorskich), ale ja uważam, że w opisanym tu przypadku konsument może być ofiarą, o ile nie przyczynił się do takiej utraty. Na dodatek ofiarą stał się na życzenie i z powodu celowego działania wydawcy, umieszczającego dane konsumenta w swoich treściach, więc skoro już mówimy o zawinionym działaniu…
Na marginesie, tak, moim zdaniem taka obawa, niewiedza i dwuznaczność roli konsumenta podkopuje zaufanie obywatela do prawa. A to już jest działka, w której wypowiedzieć powinno się Państwo.

Naturalną koleją rzeczy jest, że subskrypcja elektroniczna zmusza konsumenta do podania wydawcy swoich danych osobowych.
W świecie dystrybucji pudełkowej szło się do sklepu i kupowało produkt. Tak jak z majtkami i kilogramem cukru. Adobe, jak każdy wydawca oprogramowania, robił więc wszystko, by zachęcić do dobrowolnej tzw. rejestracji produktu, bo tylko w ten sposób mógł zdobyć dane osobowe (po co mu te dane? Dobre pytanie!).
Jeśli nie chciałem sobie zaprzątać głowy kontaktem z wydawcą, moje prawo było szanowane, bo czy producent jakiegokolwiek dobra, wspomnianych wyżej majtek, paczki cukru, a nawet dobra chronionego prawem autorskim, powinien wiedzieć o mnie więcej, niż chcę mu powiedzieć? Więcej niż jest potrzebne do skutecznego zawarcia umowy kupna-sprzedaży?
Dziś jest na odwrót. To ja muszę się martwić, co z moimi danymi osobowymi wyprawia producent…a wyprawia! Jak Adobe pilnuje danych konsumentów, przekonaliśmy się ostatnio. Mądrej głowie dość dwie słowie.
Czy to jest potencjalnie duże zagrożenie dla konsumenta, że złodziej dysponuje danymi twojej karty kredytowej oraz wiedzą, na co cię stać (oprogramowanie Adobe do najtańszych nie należy), a także twoim adresem zamieszkania?!
Nie pytaj cioci na imieninach, zapytaj wujka na Komendzie.

Z DRM poszło niemal gładko. Nadal jednak wydawcy prawnie chronionej treści autorskiej próbują mi wmówić, że kupuję od nich usługę, podczas gdy widzę książkę lub gazetę. Adobe zaś próbuje mi wmówić, że mam szeroki wybór, podczas, gdy, usuwając jedną z dwóch form stosowanych przez siebie dystrybucji (pudełkowa i elektroniczna), pozbawia mnie wyboru.
Trzeba być ślepym i głuchym, by uważać brak wyboru za wybór!

To też budzi mój konsumencki niepokój, w systemie państwa prawa można w ten sposób fałszować rzeczywistość bez obaw o konsekwencje cywilne i karne? Pamiętasz, co napisałem powyżej, zaniepokojony konsument, to obywatel przestający wierzyć w fundamenty porządku prawnego. Tak się budzi anarchię i tak zaczyna się świat, w którym wszystko jest dozwolone, to co najgorsze też.

Oczywiście, kiedy masz wybór, a „zły” Adobe ogranicza ci twoje prawa, naturalnym ruchem jest zwrócić się do konkurencji… Wróć! Do kogo?
Adobe przez lata wypełnione licznymi akwizycjami konkurentów doprowadził do sytuacji, w której liczącej się na rynku oprogramowania dla profesjonalistów konkurencji po prostu nie ma.

Pozostali producenci borykają się z próbami obejścia ograniczeń licencyjnych firmy Adobe (teraz już chyba rozumiesz, dlaczego doskonały Corel Draw produkuje tak niedoskonałe pliki AI lub EPS). Jedyny profesjonalny program stający w szranki to Capture One z Phase1, może jeszcze zapomniany trochę Painter Corela, kilka aplikacji Autodeska i to już raczej koniec, więc w kontekście ich obecności na rynku siłą rzeczy narzuca mi się tutaj skojarzenie z listkiem figowym. Ostatecznie jakoś trzeba odsunąć od siebie zainteresowanie odpowiednich organów Unii, zainteresowanych w zwalczaniu monopolu.
Zauważ, że znane wszystkim profesjonalistom technologie, jak EPS, PDF, PSD a nawet Open Type Fonts, też należą, w ten czy inny sposób, do Adobe. Co gorsza, w tym kontekście, jednocześnie są dziś powszechnie obowiązującymi standardami w branży medialnej, od których nie sposób się uwolnić w profesjonalnej pracy. W świecie bez realnej konkurencji firma Adobe może więc dyktować warunki używania swoich rozwiązań, w tym przede wszystkim cenowe. Tu profesjonalista nie może się bronić, ale powinien się zastanowić, pierwszy raz.

Uważam, że subskrypcja Adobe jest też potężnym narzędziem pozwalającym wpływać na strukturę i zachowanie branży medialnej, ze względu na ogromny potencjał statystyczny tej technologii. Skoro wszystkie programy firmy „meldują” się na tym samym, jednym serwerze wydawcy, by móc pracować (upraszczając model aktywacji i subskrypcji, bo nie o ilość maszyn w klastrze tu chodzi), więc operator tego serwera włada całym oprogramowaniem i konsolami, na których jest ono zainstalowane. Jeden jest pierścień… i tak bajka staje się rzeczywistością.

Nie trzeba być, niczym Tom Cruise, gorącym zwolennikiem prozy S–F Philipa K. Dicka czy Tolkiena (powyżej), by móc sobie wyobrazić niezliczone możliwości nieetycznego wykorzystania tego narzędzia. Przykładowo, wyłączanie aktywacji konkurentom na żądanie firm trzecich czy wykorzystywanie do partykularnych interesów danych na temat przebiegu subskrypcji  i sposobu używania oprogramowania przez poszczególne firmy (obyśmy nie doczekali czasów, gdy powstaną super-subskrypcje, które za ekstra pieniądze będą wyłączać handel naszymi danymi, ale może nie podpowiadajmy firmie, w którą stronę rozwijać ten pomysł).
Oczywiście, Adobe może i powinien wykluczać tego typu wykorzystanie zebranych danych, np. z powodu niezgody firmy na nieetyczne działania własne, i chwała im za to, jeśli się zdecydują, lecz wystarczy przecież, że ktoś z zewnątrz złamie ich wolę w ten czy inny sposób lub pokona, po prostu, ich serwer. Narzuca się tu historia ujawnionych przez Snowdena rewelacji wywiadowczych czy utrata danych klientów Adobe. Nie trzeba już nic więcej dodawać, ale tu profesjonalista powinien zastanowić się drugi raz, czy chce i powinien funkcjonować na tak skonstruowanym rynku.

Licencja studencka Adobe wg Adobe

To zaburzanie działania tzw. niewidzialnej ręki rynku ma już zresztą miejsce.
Jest nim, zadziwiająca z punktu widzenia profesjonalisty, polityka licencyjna.
Adobe, przecież producent oprogramowania specjalistycznego—na dodatek twórca kilku tzw. standardów przemysłowych w branży medialnej—w praktyce, preferuje obecnie amatorów—pozwalając im na kupowanie oprogramowania za ułamek ceny proponowanej profesjonalistom—co może nie jest takie groźne, ale już przyzwolenie firmy na używanie przez amatorów w ten sposób pozyskanego oprogramowania w celach komercyjnych jest, dla mnie, po prostu, czynem posiadającym znamiona napędzania nieuczciwej konkurencji, zaburzającej rynek usług medialnych.

Tym bardziej, że amator nie musi trzymać się reżimów produkcyjnych i utrzymywać kompatybilności swojej pracy z branżowymi standardami (jak wspomniałem, stworzonymi na podstawie technologii Adobe). Amator może więc używać niekomercyjnego oprogramowania, którego profesjonalista już stosować nie może, właśnie ze względu na opisane wymagania branżowe.
To właśnie konieczność zachowania kompatybilności pomiędzy podmiotami rynkowymi, np. na linii klient–wykonawca, napędzała w ostatnich latach ewentualną konieczność wymiany oprogramowania Adobe (które nie wnosiło, z wersji na wersję, samo w sobie, niczego specjalnie rewolucyjnego, uzasadniającego wymianę in spe).
Adobe poszerza więc rynek zmuszonych do korzystania z wymiany oprogramowania o amatorów, tyle, że czyni to kosztem profesjonalistów. Adobe, nie wymagaj więc ode mnie, żebym cię kochał za takie traktowanie mnie i mojego biznesu. Nie żądaj też, żebym ci płacił za tę nieodwzajemnioną miłość.

Zmuszani do niepotrzebnej wymiany, tak można nazwać obecnie klientów firmy Adobe. Podczas, gdy starsze oprogramowanie firmy działa raczej tak samo dziś jak kiedyś, kolejne wersje plików wynikowych oprogramowania przestają być kompatybilne wstecz, co zdaje się jedynym pomysłem firmy Adobe na wymuszenie zmiany oprogramowania, a teraz odnowienia subskrypcji.
Tu świetnym przykładem jest Lightroom, ale tego typu zmiany dotykają już także format Photoshopa (PSD), który przez wiele lat był znany z doskonałej wstecznej kompatybilności.

Oczywiście, branża ma swoje sposoby na obronę przed nadmiernie rozbuchanymi zapędami twórców oprogramowania.
To dlatego EPS-y powinno się wymieniać między poszczególnymi podmiotami procesu produkcyjnego w wersji nie starszej niż Illustrator 8.0, a pliki Corela w wersji 9.
Wszystko dobrze, kiedy mam możliwość zapisania starszej kompatybilnej wersji w programie, którego używam. Zbyt wiele programów Adobe nie ma jednak takiej funkcji. Spodziewam się, że to tylko kwestia czasu, kiedy pliki wynikowe nie będą zachowywać kompatybilności wstecz w ogóle—jeśli ten scenariusz się ziści, oznaczać to będzie ogromną słabość profesjonalnego środowiska i chodzenie na pasku producenta oprogramowania.
Nikt nie lubi być postrzegany słabym czy chadzać na postronku, nikt nie lubi poniżającego uczucia, że wykorzystuje się jego położenie, nikt nie lubi mało szlachetnych czy niesportowych zachowań. Nikt nie lubi firm, które nie słuchają swoich klientów. Kolejny punkt do przemyślenia, ale tym razem dla Adobe. Chyba, że mam płacić i zamknąć się?!

Tak, arogancja przedstawicieli Adobe też nie napawa optymizmem i miłością do subskrypcji. Skoro dziś, kiedy jeszcze muszą zachowywać pozory dbałości o profesjonalistów, już pozwalają sobie na takie wypowiedzi, co będą mówić, kiedy wszyscy będziemy przywiązani do firmy subskrypcjami? Może nie będą mówić:

Brendan O Shea o Adobe

Ostatecznym argumentem, zamykającym mój krótki wywód, dlaczego nie podoba mi się subskrypcja oprogramowania Adobe, jest po prostu niezgoda na granie ze mną w durnia.
Umiem liczyć, więc wiem, że dotychczas wystarczała mi wymiana oprogramowania firmy Adobe najwyżej raz na 5 lat.
Oczywiście, obostrzenia licencyjne, stosowane przez Adobe, zmuszały mnie do zapłacenia nowej, pełnej ceny, gdyż tańszy upgrade był dla mnie już wtedy niedostępny. Moje rybki, moje akwarium, moja ew. strata.
Na dodatek, nie potrzebowałem nigdy całego oprogramowania Adobe, bo pewnie większości z nas, profesjonalistów, wystarcza święta trójca: Photoshop, Illustrator, inDesign, a wielu potrzebuje tylko Photoshopa!

Julien tells about Adobe Creative Cloud logo
Lecz Adobe próbuje mnie przekonać, że powinienem wydać te same pieniądze, które wydawałem raz na 5 lat, w ciągu jednego roku!
Na dodatek, proponuje mi się nową atrakcję jako zachętę—zostać z niczym, czyli z nie otwierającymi się plikami po zakończeniu subskrypcji, gdy dotychczas, zostawałem z oprogramowaniem, które należało do mnie i nadal było funkcjonalne!

Bądźmy szczerzy, nie uważam za stosowną i uczciwą biznesowo propozycję dla profesjonalistów (zakładam, że ludzi umiejących liczyć), by ci płacili za pakiet, w którym dublują się programy o zbliżonej funkcjonalności—przejęty po Macromedii Fireworks i Photoshop czy sam Photoshop z kolejnymi edycjami samego Photoshopa. Na dodatek pakiet, który nie może się doczekać unifikacji, nie tylko menu czy zachowania programów (gdzie to jest możliwe i wskazane, sztandarowym przykładem są kolory interfejsu czy obsługa synchronizacji ustawień z chmurą), lecz przede wszystkim natywnie wydanych wszystkich części składowych w wersji x64.
Brak niektórych opcji, które „będą dostępne w najbliższym czasie” też jest żenujący—płacę tu i teraz za subskrypcję, i może czas to powiedzieć głośno, ale nie obchodzi mnie, co będzie kiedyś, gdy np. nie będę już płacić. Takie zabiegi dopuszczalne są w oprogramowaniu typu shareware, które w wersji rozwojowej jest bezpłatne. Każdy inny podmiot zderzyłby się przy takiej obsłudze klienta z organizacjami i urzędami broniącymi praw konsumenta.

Na dzień pisania artykułu ten obrazek wciąż jest aktualny
(użyliśmy go pierwszy raz w artykule z 22 sierpnia 2013r.):Adobe Creative Cloud Type Kit

8 Pingbacków/ Trackbacków