Dama z łasiczką, ale bez sutka

Rzecz to niebywała, pani ponoć zabiła pana.
Mówiąc szczerze, to nawet dwie panie, ale tylko jedna żywa, druga bowiem była już tylko namalowana. O, mniej więcej tak*:

 

Patrzysz na damę, popatrz jeszcze raz

Jak podaje Dziennik Internautów Biznes i Prawo w artykule pt. „Właściciele „Damy z łasiczką” zabraniają przerabiania zdjęć obrazu”, Fundacja XX. Czartoryskich—nazwę podajmy dokładnie, by nie narazić się na zarzut „nieszanowania fundacji, jej założyciela” itd. itp.—w osobie swej przedstawicielki—wymienionej z imienia i nazwiska w podanym artykule, które to imię i nazwisko tym razem przemilczmy dla dobra samej pani, o czym dalej—stanęła na straży praw autorskich—których nie posiada, na marginesie, nie posiada ani Fundacja, ani tym bardziej pani przedstawicielka—a zrobiła to tak.
Wysłała ponoć—wahamy się, czy to aby prawda, bo tak trudno uwierzyć, że ludzie robią sobie to sami—takie oto słowa w korespondencji do organizatora konkursu BO Paintings w Holandii czy innej Kurlandii, wiadomo, nie znają tam prawa, trzeba ich pouczyć:

The Foundation may […] control the way the painting is used and perceived by the public as it belongs to its private collection […] Because of these statutory objectives and good name of XX Czartoryski Foundation using Lady with an Ermine reproduction to advertize alcohol beverages is not acceptable.
Dziennik Internautów Biznes i Prawo
Właściciele „Damy z łasiczką” zabraniają przerabiania zdjęć obrazu

Niestety, szczwana bestyja miała rację. Zamiast wzbudzić politowanie i śmiech, tak często towarzyszące naszej nacji za granicą, cudzoziemcy zrezygnowali z boju prawnego z Fundacją. I to od razu, w przedbiegach, zostając w domu, w kapciach przed telewizorem, i pozbawiając nagrody polskiego autora zwycięskiej przeróbki obrazu Leonarda da Vinci, o którą w konkursie BO Paintings chodziło, a który to obraz jest w posiadaniu Fundacji (o ile ktoś go właśnie nie wykrada, patrz taka jedna komedia)…
Faktycznie, albo prawa nie znają, nie wiedząc, że wspomniany obraz od wielu lat należy do domeny publicznej, albo znają je zbyt dobrze i zrezygnowali mając do wyboru dwie strony tego samego medalu:

Są dwa po­wo­dy, któ­re spra­wia­ją, że przy­wi­lej ten (prawo do korzystania z dozwolonego użytku i domeny publicznej—przyp. Creamteam) obej­mu­je je­dy­nie nie­licz­nych.

Pierw­szy do­ty­czy wąt­ku z po­przed­nie­go roz­dzia­łu i wy­ni­ka z nie­ja­sno­ści sfor­mu­ło­wa­nia „do­zwo­lo­ny uży­tek”. „Sam­plo­wa­nie” moż­na, w więk­szo­ści przy­pad­ków, uznać za „do­zwo­lo­ny uży­tek”, jed­nak nie­wie­lu twór­ców oprze się na tak wą­tłej pod­sta­wie.

To pro­wa­dzi nas do dru­gie­go po­wo­du eli­tar­no­ści owe­go przy­wi­le­ju. Kosz­ty wy­ne­go­cjo­wa­nia praw do twór­cze­go prze­ro­bie­nia da­ne­go ma­te­ria­łu są astro­no­micz­ne i sta­no­wią lu­strza­ne od­bi­cie kosz­tów zwią­za­nych z do­zwo­lo­nym użyt­kiem. Za­tem, al­bo trze­ba po­lu­bić kosz­ty za­trud­nie­nia praw­ni­ków, by bro­ni­li pra­wa do do­zwo­lo­ne­go użyt­ku, al­bo trze­ba im za­pła­cić, że­by zdo­by­li wszyst­kie po­zwo­le­nia, dzię­ki cze­mu nie mu­si­my opie­rać się na pra­wie do do­zwo­lo­ne­go użyt­ku.

W obu wy­pad­kach, pro­ces twór­czy idzie w pa­rze z kosz­tow­nym wy­naj­mo­wa­niem praw­ni­ków, co sta­no­wi ko­lej­ny przy­wi­lej (a mo­że prze­kleń­stwo), do­stęp­ny je­dy­nie nie­licz­nym.
Lawrence Lessig, Wolna Kultura, treść książ­ki do­stęp­na na jed­nej z li­cen­cji Cre­ati­ve Com­mons (by-nc-sa).

To faktycznie smutne, że siła pieniądza pozwala na łamanie prawa, w tym prawa autorskiego, lub prowadzi do jego lekceważenia. Tym bardziej smutne, ale i niebezpieczne, gdy prawo lekceważą podmioty powołane do szczególnej troski o stan prawa i dobra ogólnego.
Dziennik Internautów podaje dalsze tłumaczenia Fundacji w tej sprawie i trudno nie odnieść wrażenia, że zawierają one sformułowania lekceważące dla prawa (by było bardziej pieprznie, dla prawa, na które Fundacja zdaje się powoływać):

Korzystanie z reprodukcji obrazu „Dama z Łasiczką” wymaga zgody właściciela obrazu. Bez względu na kwestię istnienia praw autorskich […].
Dziennik Internautów Biznes i Prawo
Właściciele „Damy z łasiczką” zabraniają przerabiania zdjęć obrazu

—Czy Fundacja nawet i Czartoryskich śmie twierdzić, że jest posiadaczem majątkowych praw autorskich do omawianego tu egzemplarza obrazu?—Takie należy w tej sprawie postawić pierwsze pytanie, właśnie przez „wzgląd na kwestię istnienia praw autorskich”!
Monopol ten ograniczany jest dla dobra ogółu (społeczeństwa) za pomocą odpowiednich ustaw przez Suwerena (społeczeństwo), więc nie tak łatwo naruszalny. Na pewno nie na drodze oświadczenia woli (czyt. #widzimisie) tej czy innej fundacji, osoby fizycznej, prawnej czy publicznej.
—Rób pani co chcesz, mija czas obowiązywania monopolu, a prędzej niż później mija—w tym wypadku, nawet gdyby dzieło Leonarda było nim objęte, a raczej nie było, prawo to minęłoby jakieś 400 lat temu— i jak przeminie, wykorzystywać utwór autora może każdy, komercyjnie czy niekomercyjnie. Nie podoba się, ponieś koszty zdobycia lub pozyskania władzy i sobie zmień!—Tyle można rzec autorom wspomnianych wyżej oświadczeń. Językiem potocznym, by szybciej do nich dotarło.—I nauczcie się liczyć na palcach do siedemdziesięciu!—Trzeba by dodać. Przez wzgląd na okres trwania monopolu prawno-autorskiego w Polsce i szacunek do prawa, oczywiście!

Owszem, skorzystanie z tego konkretnego egzemplarza rzeczy (masło maślane, ale chcemy ułatwić ci zrozumienie) wymaga zgody właściciela tego konkretnego egzemplarza rzeczy. Nie ma tu uwag. O ile monopol prawno-autorski trzeba uznać za tylko czasowo możliwy, to władztwo rzeczy można uznać za nieograniczone w czasie, bo właściwie od przedsiębiorczości samego właściciela zależy czas jego trwania.
Właściciel egzemplarza rzeczy może z nim zrobić, co zechce, chociażby pobierać za jego użycie opłaty, wystawić na widok publiczny, ukryć, a nawet zniszczyć, ale nie mógłby na tej podstawie żądać od właścicieli innych egzemplarzy tej rzeczy podobnego zachowania—na przykład zniszczenia także egzemplarzy rzeczy w ich posiadaniu. Znamy tylko jeden wyjątek od tej zasady: monopol prawno-autorski autora utworu jeszcze w trakcie obowiązywania monopolu.
—Czy Fundacja nawet i Czartoryskich śmie twierdzić, że jest autorem omawianego obrazu?—Takie należy w tej sprawie postawić pytanie kolejne, jeśli Fundacja okazałaby się nie być w posiadaniu praw autorskich majątkowych do egzemplarza obrazu.
Od udzielonej odpowiedzi zależy, jakie trzeba by wyciągnąć wnioski.
Paleta jest szeroka, od machnięcia ogonem na oświadczającego, jeśli nie jest autorem, po ściganie na drodze prawnej, cywilnej i karnej oraz powszechna infamia, gdyby oświadczył inaczej. Tym bardziej, że jeśli dobrze rozumiemy postępowanie stron w sprawie, to w tle tej sprawy jest pomówienie i narażenie na utratę zarobków autora remiksu—wszak grafik pomówiony przez fundację o kradzież grafik, czyż to nie brzmi grubooo?…

Wspomniany już Lessig, jeszcze w 2004r., zauważył, że chytre bałwany przejmują interpretację zjawisk prawnych, a jednocześnie niezorientowane w swoich prawach owce oddają w ręce prawników obyczaj i zwyczaje społeczne, które nigdy nie podlegały przecież kodyfikacji czy ocenie innej niż sąd powszechny i społeczny.
Jeśli społeczeństwo nie przebudzi się wreszcie, raz zawłaszczone prawa będzie nam wszystkim bardzo trudno odzyskać.
Dziesięć lat minęło, a jest tylko gorzej! Stąd damy z łasiczką, ale na przykład bez sutków!
—Mareksy, creative director,
Creamteam Branding & Advertising Design Studio

 

 * …a przynajmniej namalowana tak w wersji naszego mareksego, którą powołał do życia dla obrony celu ważnego społecznie…

_

Poczytaj także o zagadnieniach prawnych, fontach i designie na blogu Creamteam Branding & Advertising Design Studio:

3 Pingbacków/ Trackbacków