Lata świetlne

Polska od dziesięciu lat jest członkiem Unii Europejskiej.
Okrągła liczba, w sam raz do świętowania!
Jubli, promocji, przemówień i akademii, przede wszystkim tych oficjalnych, powinno być zatrzęsienie, ale nim zobaczymy tsunami, dziś przyglądniemy się jednej z promocyjnych jaskółek.

Irenka:
Obejrzałam trzy razy i już więcej chyba do tego spotu nie wrócę.
Lata świetlne dzielą nas od czego? Rok świetlny jest jednostką długości, równą odległości, jaką przebywa światło w próżni w ciągu jednego roku zwrotnikowego.
Może autorom wizualizacji zmian zachodzących w naszym kraju chodziło o lata świetliste? Rozświetlone przewodnią rolą PO w ostatnich latach?

Miało być o dziesięcioleciu, wyszło chyba o dwudziestoleciu, a sądząc po samochodach pokazywanych w urywkach z kronik filmowych—nawet o trzydziestoleciu!
Polska, którą ja pamiętam z 2004 roku, wyglądała nieco inaczej niż obrazy z pierwszej części tego wiekopomnego dzieła.
Wprawdzie „Jarmark Europa” na Stadionie Dziesięciolecia funkcjonował do 30 września 2007 roku, ale w 2004 roku nie był już główną atrakcją handlową stolicy.
Dlatego śmiem twierdzić, że materiał jest tendencyjny i jasno wskazuje, że przed wstąpieniem Polski do EU byliśmy krajem bez nowoczesnych samochodów, sklepów, mostów i cywilizacji, a ludzie wyglądali i ubierali się jak aktorzy w filmach Barei.
Kiedy Unia wreszcie nastała, od razu wyrosły nam wiatraki, drogi szybkiego ruchu, stadiony z dorodną młodzieżą i piękne krajobrazy.

A wszystko to do melodii i słów znanego, byłego Beatlesa, który wzywał w niej niejakiego Juda, aby wziął tę smutną piosenkę i uczynił ją lepszą. Pomyślałam sobie,
a kto spośród nas weźmie ten smutny kraj i uczyni go wreszcie lepszym?
Bo ze spotu wynika, że gdyby nie UE, to byłby u nas tylko cwaniacki geszeft, przymierzanie majtek na skwerze i krajobrazy w kolorze ORWO.
Smutne? Smutne.

Władza dba o ludzi

Cieszmy się zatem, że można już inaczej, i chociaż Paul łapie się za głowę po tym, co zobaczył, cieszmy się, że to już przeszłość!
My też łapmy się za głowę na myśl, jakimi byliśmy wieśniakami jeszcze dziesięć lat temu, i obejrzyjmy się, czy nam jaka resztka słomy z butów nie wystaje.

mareksy:
Tylko niewolnicy rozprawiają o wolności.
Gdyby być w zgodzie z duchem filmu „10 lat świetlnych”, który przygotowały właściwe ministerstwa, to życzenia Edyty Wojtczak straciłyby na aktualności i nie tylko nie powinny zaczynać tego filmu, ich tam wcale być nie powinno!
Bo gdyby było normalnie, jak chcą twórcy filmu, nawet byśmy nie zauważyli, że to już, że to taka rocznica. W normalnych czasach powinno być oczywiste, że jesteśmy członkiem, że mamy drogi, wiatraki i zielone lasy. W naturze, a nie tylko w reklamowym spocie.
Gdy w zeszłym roku mieszkałem w Szwecji, tylko ja zachwycałem się darmowym autobusem dojazdowym do stacji kolejowej oraz wi-fi i automatami do kawy w pociągach podmiejskich, dla Szwedów to oczywistość—teraz rozumiesz, dlaczego sieć bezprzewodowa nie byłaby bohaterem takiej reklamy w Szwecji?

Creamteam Insight

Insight.
To pierwszy problem, który obnaża nieprzemyślenie i niepowiązanie treści filmu z tzw. insightem, czyli tym, co tak naprawdę chcemy powiedzieć w swym wystąpieniu (czy to przed kamerą, czy to na piśmie lub w mowie).
Środki wyrazu użyte w tym dziele mówią wprost: cieszymy się tym okresem jak ubogi kuzyn z zaproszenia na rodzinny piknik. Ale czy to chcieliśmy dać do zrozumienia sobie i innym?!
Można by tu teraz przywołać stereotypowego ducha brytyjskiego społeczeństwa—i to nie bez kozery, wszak ono do dziś jest klasowe, ale także z innego powodu, o czym w następnym akapicie—ducha choćby i z Wichrowych Wzgórz: a czy Wielka Rodzina wyraża zadowolenie z obecności w swych szeregach biedniejszego kuzyna?
Z tego filmu dowiemy się (uwaga, spoiler), że co najmniej wyższe brytyjskie sfery łapią się na nasz widok za głowę z dość głupawą miną malującą się na twarzy.
Nie zdziwi mnie więc, gdy, za chwil parę, właściwe gremia wydalać zaczną z siebie, przez nikogo nie proszone oraz proszone (o ile stawianie pod zasłużonym pręgierzem uznać za zaproszenie), liczne objaśnienia, co chciano powiedzieć, a czego nie powiedziano. I tylko trzeba by im zadać pytanie: ale co począć z faktem, że prawdziwa sztuka broni się sama… sobą, swym przekazem?

Ten przekaz więc się nie broni.
Także wtedy, gdy Polak uświadomi sobie, że nie znaleziono w Polsce żadnego polskiego utworu wystarczająco dobrego na tę okoliczność!
Nawet Niemcy, niby naród ciężki w kapowaniu, ale na swoje narodowe rocznice sprasza Niny Hagen i inne Scorpionsy. Sprowadzając ten temat do jeszcze większego absurdum, skoro o Niemcach mowa, czy Paderewski, wracając do Wielkopolski zagrał na powitanie Deutschland, Deutschland Uber Alles (nie tak nieodpowiedni na tamte czasy, jakby się mogło wydawać dziś)?
Szczególnie zaś nie broni się, gdy mieszkaniec Unii uświadomi sobie, że wybrano utwór brytyjski. Twórcy znanego i podziwianego, owszem, ale… z kraju zagrożonego nie tylko wewnętrznym rozpadem, a, przede wszystkim, kraju, którego oficjalne władze już wyraźnie głośno mówią o wystąpieniu z Unii! (sic!)
Nawet najbardziej zapracowana Matka-Polka, dobrze przyjęta przez Brytyjczyków na zmywaku czy innym londońskim wybiegu nie powinna być powodem takiego „ukłonu” w stronę tego kraju, chyba że świętując, jednak chcemy puścić oko do reszty świętujących—te imieniny to nam też nie odpowiadają… Nie odpowiadają, really?!
Tyle, bo nie chcę przywoływać kolejnego faktu, że przynajmniej część oryginalnych twórców i wykonawców zapożyczonego utworu wyemigrowała z Unii do USA. Niby nic, a może jednak… To wszystko mieści się w ramach opracowywania clou przekazu oraz dopracowywania się tego wspomnianego insightu i gdyby zostało potraktowane serio, wierzę, że nie byłbym zmuszony roztrząsać dziś takich kwestii.

Siedem baniek.
Absolutnie nie chcę zajmować stanowiska w sprawie kosztu tego filmu.
Param się kreacją zawodowo, szczególnie zagadnieniami prawa autorskiego, więc wiem, że taki obcojęzyczny szansonista mógł kosztować sporo w tzw. procedurze czyszczenia sampli, nawet jeśli widać go tylko sekund dwie, max pięć, i słychać do minuty.
Jednak jest coś niepokojącego w fakcie, że zapłacono miliony za kilka prostych skrętek z latającej kamery oraz ich montaż. Ujęcia są sztokowej jakości i klasy, a takie rzeczy w stocku to już od jednego kredytu, kredyt to rząd wielkości do kilkunastu dolarów.
Poza tym, przynajmniej część ujęć to „piosenki, które już raz słyszałem”, czyli materiał już raz kupiony przez Państwo. Czyżby umowy były źle zawarte i trzeba było drugi raz kupić to samo, a może nikt nie słyszał tam wysoko o re-use?

„Feel like At Home”
Po oglądnięciu tego filmu czuję więc tylko wstyd i zażenowanie.
Ile byśmy bowiem nie zrobili w tej sprawie, by ją zmienić i wyskoczyć z tego gombrowiczowskiego upupienia, w które wprowadzamy się sami, a ale najczęściej rękami naszych wybrańców, zawsze jakiś matoł sprawi, choćby niechcący, że znów będziemy tam, gdzie wydaje się, że jest nasze miejsce—na krześle biednego kuzyna w trakcie proszonego obiadu.
Obawiam się, że „lata świetlne” tego nie zmienią!
Nawet, gdyby jakimś cudem stały się jednostką miary czasu, którą nie są.

 

_

 

P.S. Oto niespodziewany komentarz do tego wpisu, który napisało życie.
Widać, choroby opisane na blogu Creamteam Branding & Advertising Design Studio szerzą się w zastraszającym tempie, nawet szczyty nie są od niej wolne. Tak Państwo Polskie zareagowało na reakcje, skądinąd słuszne, swych obywateli, klientów tego Państwa przecież:

Za Piotrem Vaglą Waglowskim na Facebooku

Reakcja Państwa na, skądinąd słuszne, zarzuty wobec filmu pr

_

Dopowiedzenia i rozwinięcia:

3 Pingbacków/ Trackbacków