Mają rozmach…

Co ma wspólnego spowolnienie ruchu obrotowego Ziemi przez wielką tamę w Chinach z dbałością Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej (MPiPS) o dobro pracowników „zatrudnionych” w Polsce na umowach o dzieło?
Pozornie nic, bo przecież większe głupoty przychodzą człowiekowi do głowy— większe niż czytanie gazetowych newsów i zestawianie ich ze sobą—gdy wielkość człowiecza wystawiona zostanie na małego „mikroba” grypy.
Coś wspólnego mieć jednak muszą, skoro o nich wspominam w jednym miejscu, mam więc nadzieję, że znajdziesz odpowiedź na postawione pytanie, nim ten komentarz do sytuacji bieżącej się skończy. To zaczynajmy!

Mikrob

Sprawa tamy jest prosta. Jak zauważył jeden z komentujących tego newsa (przecież wiesz, że czytam komentarze). Chińczycy zbudowali sobie tak wielki obiekt budowlany, że może ich unicestwić w wypadku ataku nuklearnego któregoś z sąsiadów czy innych terrorystów. Rozlewisko radioaktywnej wody, powstałe w wyniku takiego ataku, pochłonie spore połacie najbardziej wartościowych ekonomicznie terenów i zepchnie Chiny do czasów świetności Dolnego Zairu, i to na lata świetlne.

Tymczasem, w Polsce, mamy nie gorszych architektów, tyle że od społeczeństwa, i już niedługo także u nas osiągnięcia Królestwa Górnej Volty w najlepszych czasach jego świetności mogą być doświadczeniem nas wszystkich.
Tu uwaga, rzeczywiście nie można odmówić pomysłom MPiPS brawury, rozmachu a nawet zasięgu, wszak już dawno nie widziałem człowieka, który mógłby wykazać się zatrudnieniem na umowę o pracę. Wniosek, słowa tego tytułu muszą dotyczyć dość sporej grupy pracujących: Oskładkowanie umów o dzieło. MPiPS: dla dobra pracujących.
Prawdopodobnie dotyczą też ciebie.

_

Nim przejdziemy dalej, garść terminów.
Umowa o dzieło nie jest świadczeniem pracy, cokolwiek o tym myślisz.
Jest tym samym typem umowy co sprzedaż samochodu sąsiadowi spod piątki—powiedz szczerze, dajesz radę wyobrazić sobie składkę emerytalną od tej transakcji?
To dlatego, że umowa cywilna nie jest regulowana przez Kodeks Pracy a przez Kodeks Cywilny.
Umowa o dzieło, jak sama nazwa wskazuje, jest umową, w wyniku której musi powstać rezultat (umowy), prawnicy się spierają czy tylko materialny, ale na potrzeby wpisu uznaj, że właśnie taki. To dlatego w dawnej Polsce (chciałbym) różnej maści babcie klozetowe zatrudnione do sprzątania, na papierze tworzyły dokumentacje i opracowania dla zarządów firm je zatrudniających, jak głupie by ci się to nie wydawało.

Twórca dzieła sam sobie sterem, żaglem i okrętem, nie można mu nakazać, jak to ma miejsce przy umowie o pracę, co i jak ma robić, a wytyczne to tylko sugestie. Oczywiście, dzieło musi być zgodne z warunkami zawartymi w umowie o nie, ale nadal wykonujący ma pełną swobodę działania.

By dana umowa mogła być umową o pracę, musi spełniać 3 warunki:

  • odbywać się pod kierownictwem zatrudniającego,
  • w miejscu wyznaczonym przez zatrudniającego,
  • w wyznaczonych przez zatrudniającego godzinach.

Jeśli sposób wykonywania twojej umowy o dzieło (ale także umowy zlecenia lub innej czynności wykonywanej bez spisanej umowy) spełnia 3 powyższe punkty, to ta umowa o dzieło czy umowa zlecenia lub brak umowy są po prostu umową o pracę. Tak mówią przepisy, bo nie ważne jest, co masz napisane w nagłówku papierka. Proste?

Umowa o pracę niesie ze sobą pewne obciążenia i obowiązki, ale ma też swoje przywileje—i wcale nie mam tu na myśli darmowej kawy i herbaty.
Kilka przykładów, popatrz:

  • wynagrodzenie za pracę musi być wypłacone,
  • nadgodziny podlegają pewnym limitom,
  • płatny przez pracodawcę urlop,
  • odpowiedzialność pracownika za szkody wyrządzone w toku wykonywania umowy o pracę jest ograniczona do wielokrotności jego 3 pensji,
  • wypadek w trakcie wykonywania pracy obciąża pracodawcę (chyba że umyślny),
  • prawo do zasiłków,
  • wreszcie, uregulowany stosunek do świadczeń zdrowotnych, w tym ogólnie rozumianym znaczeniu (jako dostęp do lekarza) i szczegółowym (na przykład umowa o pracę pozwala starać się o rentę, bo czas jej wykonywania liczy się do okresów składkowych).

Chyba nie muszę dodawać, że na umowach o dzieło możesz o tym wszystkim zapomnieć. Po prostu, nie jesteś pracownikiem. A właściwie czasem faktycznie jesteś, ale nie masz formalnie statusu pracownika.

_

Teraz, jak się dowiaduję, MPiPS pochyla się z czułością nad „pracującymi” na umowach o dzieło (już chyba rozumiesz ten cudzysłów).

Znamy bowiem takie przykłady, gdy ludzie po 15 i więcej lat pracują w jednej instytucji na umowę o dzieło bez jednej składki.
Anna Grabowska, FZZ, za Money.pl

Pierwsze, co nasuwa się logicznie i zdroworozsądkowo myślącemu człowiekowi: MPiPS odkryło, że są nadużycia (lepiej późno niż wcale), ba, skala nadużyć jest ogromna (to już wie nawet dziecko, szczególnie tych rodziców, co to są „samozatrudnieni” w macierzystych firmach czy na innej formie parodiowania rzeczywistości), więc ministerstwo zabierze się za pracodawców, którzy naginają prawo.
Odpowiednie narzędzia i instytucje ma, więc nie trzeba wynalezienia koła.
Wystarczy przebadać umowy o dzieło i sprawdzić, czy na końcu mamy rezultat. Wystarczy to robić cyklicznie i stanowczo.
Gdy pracowałem w HR w latach 90., inspektorzy PIP a nawet US łatwo sobie z tym radzili, po prostu, karząc sobie okazywać dzieła lub dla pewności negując wszystkie umowy o dzieło. Tony wyjaśnień i analiz skutecznie zniechęcały do kombinowania, przynajmniej z umowami o dzieło.

Tymczasem, w Polsce przestrzeń się chyba zakrzywia:

Pozwoli to [oskładkowanie umów o dzieło, przyp. aut.], by ZUS miał zarejestrowane umowy o dzieło i mógł przy okazji również przeprowadzać ich kontrole. Wtedy będzie się okazywało, czy faktycznie mieliśmy do czynienia z umową o dzieło, czy też np. ze zwykłym stosunkiem pracy.
Marek Bucior, wiceminister MPiPS, za Money.pl

Owszem, ponoć wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, więc i w ten sposób, choć rewolucyjnie głupi, można tworzyć rejestry umów, ale może, po prostu, pan wiceminister zorientowałby się, wreszcie, że umowy o dzieło, jako koszty osobowe przedsiębiorstw, owszem, są już rejestrowane (z doświadczenia wiem, że dość pieczołowicie, bo to osobowe właśnie są, jeśli nie rozumiesz terminu, zapytaj swojej księgowej i zobacz, jak blady strach na nią pada), a pan wiceminister ma organa, by te rejestry kontrolować.

Myliłby się także ten, kto myślałby, że „pracownicy”, których zły los (czy pracodawca-cwaniak) zmusił do świadczenia rzeczywistego stosunku pracy na mocy umowy o dzieło (czytaj, wykonywanie pracy w trybie ciągłym i odnawialnym, faktycznie jako pracownik), zostaną po oskładkowaniu zrównani w prawach i obowiązkach pracowniczych z pracownikami.
Wiceminister MPiPS nic o tym nie wspomina. Wątpię więc, by urlopy, ograniczona odpowiedzialność pracownika za szkody czy, wreszcie, ujęcie umów o dzieło w okresach składkowych pozwalających o staranie się na przykład o rentę zagościły w życiu wykonujących umowy o dzieło.

Cóż, mam wrażenie, że chodzi tu:

  • o przyklepanie od strony formalno-prawnej zjawiska, z którym nie chce się/ nie umie się walczyć, o zalegalizowanie pewnej formy nieuczciwej konkurencji i omijania prawa po prostu,
  • o tzw. skok na kasę.

Tym bardziej, kiedy szef rządu posługuje się demagogią:

umowa zlecenie, umowa o dzieło, prawa autorskie nie może być—a w tej chwili jest, ze względu na dotychczasowe przyzwyczajenia i przepisy—prostym sposobem na omijanie obowiązków, które spoczywają na wszystkich innych obywatelach.

Jeszcze raz panu premierowi D. Tuskowi mam przypomnieć, że, przykładowo, nie zmieniam samochodu co roku, a zryczałtowane koszty autorskiej umowy o dzieło nie są przywilejem, lecz słusznym zadośćuczynieniem przyznanym twórcom za niepewność ciągłości zatrudnienia i wielkości otrzymywanych dochodów oraz szybkie „wypadanie” z rynku pracy bez możliwości wypracowania godziwej emerytury?
A może tylko za dużo wymagam od kogoś, kto rozpędza pociągi?
Na marginesie, panie premierze, a dlaczego te obowiązki, spoczywające na wszystkich obywatelach (słowo inne opuszczam, przez grzeczność) są obowiązkami, czy nie czas, by zastanowić się nad nieobowiązkowością niektórych świadczeń?

_

Wracając do MPiPS, w propozycji oskładkowania umów o dzieło ministerstwo pragnie, jak twierdzi, pomóc tym, dla których umowa o dzieło jest jedynym źródłem dochodu:

Zdajemy sobie sprawę, że świat się tak zmienił, że każdy ucieka z opłacaniem składek na ubezpieczenie społeczne, co akurat nie jest właściwe, bo stawia osoby potencjalnie ubezpieczone w bardzo złej sytuacji. Bo te osoby albo nie są ubezpieczone, albo są ubezpieczone na bardzo niskie kwoty, i co za tym idzie, ich świadczenia w przyszłości też będą bardzo niskie

Komu chce pomóc ministerstwo? Dla mnie jasne jest, że tym, którzy świadomie lub nieświadomie biorą udział w procesie łamania prawa pracy i prawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Pracownikom w dziwnych konstelacjach prawnych.
Szkopuł w tym, że im można pomóc jeszcze dziś. Na pracodawców-cwaniaków, jak wspomniałem, są odpowiednie narzędzia prawne i instytucje, w tym socjalizujące i resocjalizujące.

Niestety, MPiPS zdaje się nie zauważać tej części wykonujących umowy o dzieło, dla których jest ona faktycznie jedynym źródłem dochodu, a nie wykonywaniem pracy pod płaszczykiem umowy o dzieło. Tej części, która nie została przymuszona, a świadomie wybiera taki sposób zarobkowania, i mam tu na myśli szczególnie twórców.
Tu sprawa jest prosta. MPiPS w ogóle nie rozumie potrzeb i problemów tej grupy, widocznie zatrudnieni w ministerstwie nigdy nie musieli żyć z umowy o dzieło, a jeśli nawet, to raczej nie w perspektywie lat.

Gdyby było inaczej, wtedy funkcjonariusze Państwa wiedzieliby, że twórcom nie jest potrzebna składka na hipotetyczną emeryturę w wysokości 15 zł miesięcznie—tu się już nic nie zmieni, bo prawo nie działa wstecz, przynajmniej na razie, więc dotychczasowe wyliczenia ZUS są raczej niewzruszalne—a przynajmniej nie jest to podstawowy problem związany z umowami o dzieło.

Po prostu, aby twórca mógł dożyć tej emerytury, tu i teraz musi zostać objęty składką rentową, wypadkową i, last but not least, chorobową!
W przeciwnym wypadku, istotną przeszkodą w cieszeniu się przyszłą emeryturą może okazać się, przykładowo, wspomniany na początku prosty wirus grypy, groźny nawet dla ubezpieczonych zdrowotnie, a co dopiero dla banitów systemu ubezpieczeń społecznych w Polsce!

Czy ktoś o tych składkach wspomina?
Nasuwa się inne, bardziej oczywiste w tym kontekście pytanie.
Może celem nie jest moje dożycie (do emerytury), tylko zaebranie mi (składek emerytalnych) bez gwarancji celowości (otrzymania emerytury), a jeśli miałbym rację, tak myśląc, to jaki jest mój interes w uczestniczeniu w tej maskaradzie?

_

Czy zasadne było użycie przeze mnie tego cytatu w dzisiejszym tytule?
I to właściwie tyle.

_

Czytaj dalej na blogu Creamteam Branding & Advertising Design Studio:

2 Pingbacków/ Trackbacków