Polemika akronimów

W trakcie jednego z ostatnich wywiadów, którego udzielałem, nagle stwierdziłem, że przecież pozostajemy aktywnymi twórcami bloga Creamteam Branding & Advertising Design Studio nieprzerwanie od 9 lat.
Oczywiście, w takim momencie nie obyło się bez kolejnych pytań, na przykład kto w tamtych latach był już obecny na scenie. Przypomnienie sobie imion tych twórców zajęło mi dłuższą chwilę (bo większość jest już dziś nieaktywna), ale dopiero kolejne pytanie kompletnie mnie zastrzeliło.

Front Korony

Zapytany bowiem dalej, kogo z blogowiczów czytam regularnie w chwili obecnej, musiałem się zastanawiać jeszcze dłużej, by skonstatować wreszcie, że, właściwie, to nikogo nie obdarzam już dziś regularną obecnością na jego łamach.
Winna jest chyba powszechna pauperyzacja treści pisanych, nie jest łatwo czytać w świecie, w którym gazety ogólnokrajowe zeszły na poziom gazet prowincjonalnych, te na poziom słabych blogów, a blogi… i tu nie tylko Instytut Obrony Przecinka ma co robić!

To oświadczenie oczywiście nie oznacza, że nie czytam, nie przeglądam, nie szukam.
Są stałe punkty na tej czytelniczej mapie, do których z przyjemnością wracam.
Zauważ w tym miejscu, proszę, że kilku najlepszych moim zdaniem autorów przewrotnie wskazałem już w swoim tekście o blogosferze.
Jednym z tam wymienionych jest Zbigniew Brzeziński. Nie tylko dlatego, że ma ciekawe idee i poglądy „do sprzedania”, ale może przede wszystkim z powodu stawania się dla mnie paliwem do myślenia, a jak wiadomo przynajmniej od czasów Hannah Arendt, myślenie in spe jest najważniejsze.
Autor ma też pomysły, różne różniste, nie mnie oceniać. Pomysły, po prostu.
Jednym z ostatnich było zaproszenie do dyskusji (na profilu Zbigniewa) nad… tekstem Mirosława Usidusa:

Zbigniew Brzezinski zaprasza do Usidusa

Ponieważ wczoraj byłem trochę „wyjęty”, Walentynki, wiadomo, więc zająłem się tylko kontrowersyjną myślą Mirosława, wyrażoną w dyskusji, jakoby ludzie z ATL właśnie opanowali SM (Social Media).
Innymi słowy, w domyśle, jeśli dobrze rozumiem, ludzie pana z Wysokiego Zamku wtargnęli na skromniejsze stoły kmieciów z podgrodzia (tu uwaga: przyjmij że Above The Line to działania reklamowe, w których dokonuje się zakupu mediów, więc z definicji są zarezerwowane dla większych podmiotów [nawet jeśli to nieprawda]; definicji jest wiele, ja lubię tę i przy tej pozostańmy).
Ta myśl wydała mi się kontrowersyjna, bo trochę spóźniona. Ludzie dużych agencji reklamowych już tu są, niektórzy od dawna! I chociaż większość faktycznie może wykazywać niezrozumienie medium czy chęć przeszczepiania „sprawdzonych” pomysłów z pańskiego stołu i łoża w plebejskie klimaty SM, nie wszyscy ludzie z szerokim doświadczeniem są tacy… Czytaj może dalej, proszę, bo przecież nie będę teraz wskazywał na siebie palcem.

Z braku czasu obiecałem Mirosławowi i pozostałym dyskutantom, że wrócę do dyskusji, gdy tylko zapoznam się z tekstem, co właśnie się stało.
Początkowo sądziłem, że napiszę tylko kilka słów komentarza, ale kiedy notatka systemowa w telefonie dobiła do maksymalnej ilości słów (nie wiedziałem, że jest taki limit, równy liczbie 1500 słów), uznałem, że czas swoje myśli przelać na bloga, wszak postępuję w ten sposób z co ważniejszymi swoimi wypowiedziami… tak, masz rację, w ten sam sposób od 9 lat!

Pozwól więc, że teraz powiem ci, co z tym tekstem Mirosława Usidusa jest nie tak (przy czym, uwaga, autor stawia przecinki raczej w dobrych miejscach, choćby dlatego jego tekst, pt. Hejtersko o social media, zasługuje na uwagę):

  1. Rozumiem literacki zamysł autora, ale nie zgodzę się, nawet w żartach, na mylenie pojęć, bo potem taki stan rzeczy łatwo, wbrew początkowym intencjom, utrwalić. Krytyka to nie hejt, hejt to nie krytyka, krytyk to nie krytykant.
  2. Krytyka na przestrzeni dziejów nigdy nie była mile widziana, inaczej nie byłoby powiedzonka o niezabijaniu posłańca, a USA nie powstałyby na fali niezadowolenia stanem rzeczy w cenzurującej idee Europie.
  3. To nie jest pierwsze pokolenie niewychowane na książkach, lecz kolejne, kto wątpi, niech sprawdzi, co czytają jego rodzice a nawet dziadkowie.
  4. Mamy więc najazd wandali, zmasowany i na wszystkie branże, nawet na ATL. Chociaż fakt, przyjęło się uważać, i to powszechnie, że SM to taka łatwa maszynka do robienia pieniędzy, gdzie nawet matoł profesorem—niestety, na razie, obserwując stan osobowy i jego poczynania, trudno nie wyjść ze zdumienia, że to może być prawda.
  5. Branża ma problem z samookreśleniem, dla mnie działania SM to przedłużenie kampanii wizerunkowej i tylko o wizerunek tu chodzi, no, ale jak ktoś uważa, że sprzeda, to kto pogatemu zabroni (celowa gra słów, bogaty i poganin, czyt. taki co ma, ale nie w głowie)!
    Zasięg i pieniądze pozwalają głosić idee, może stąd wrażenie opanowania rynku przez ludzi z ATL, którzy przez wielkie korporacje przyzwyczajeni są do napędzania ich obecności we wszelkich dostępnych mediach, w myśl zasady, jeśli nie ma pomysłu na finezyjne posunięcia, czas na pokaz brutalnej siły (pokutujące przeświadczenie, dziś bardzo modne i społecznie przyzwolone, kasa wszystko załatwi, czyż nie?).
  6. Autor pisze, że całe zło za przyczyną ludzi z ATL.
    Tylko, czy to są jeszcze ludzie ATL? Jeśli zweryfikować doświadczenie (a raczej jego brak, pomimo okupowania wysokich stołków latami) przez czyny (dowolny blok reklamowy w tv), rodzi się czasem myśl, czy zwyczajna koza na miejscu wielu speców nie zdziałałaby tyle samo?
    Z drugiej strony, może jednak autor ma rację, bo trzeba się zgodzić, że tacy fachowcy muszą gdzieś pracować, gdy kolejny raz zostaną wymienieni, bo strategie się znów nie sprawdziły. Tu ciekawy przyczynek do dalszej dyskusji, jak mają się sprawdzić, skoro rynek wciąż zasilają nowi wyznawcy skuteczności zdania Poli Negri (byle mówiono), co zbyt często kończy się przysłowiowym „gadaniem dziada do obrazu”, skoro nadawca nie zaprząta sobie głowy odbiorcą.
  7. SM, BTL, ATL, zwał jak zwał, to wszystko więc nuda, bleblanie tych samych poszerowanych treści i nic ciekawego, nic się nie dzieje, proszę pana, bo nie ma rzemiosła tam, gdzie są wyrobnicy albo cwaniaki.
    To nie taki klimat mamy, tak jest już świat urządzony. Ducha w tym wszystkim nie ma, mamy więc to, co widzimy i powoli przyznać nam będzie trzeba, chociaż nie chcę, że lepiej już było.

…Tu jest ten moment (jak chciał w dyskusji u Zbigniewa Brzezińskiego Mirosław Usidus) do rozwinięcia rozmowy o sztuce, zwanej kiedyś prakseologią, jest kto odważny jeszcze? A zna się?

1 Pingback/ Trackback