Co Irene czytała, gdy wyzdrowieć chciała?

Obiecałam niedawno kilku zaprzyjaźnionym
z Creamteam Branding & Advertising Design Studio osobom,
że napiszę o lekturach, które wspierały mnie w ostatniej chorobie.
Pomysł wydał mi się bardzo dobrym i łagodnym wejściem w noworoczne wpisy, oto więc subiektywna lista lektur, nad którymi smarkałam, kaszlałam, ale niekoniecznie kichałam na nie.

Co zatem, moim zdaniem, warto przeczytać w nowym roku?

Book

Tyrmand i… Tyrmand!
Tym razem padło na Tyrmanda i jego „Dziennik 1954 wersja oryginalna”.
Dziennik to intensywna próba autoterapii bohatera, zapis życia w komunizmie lat powojennych, z piętnem stalinizmu i brakiem nadziei na odmianę losu. Opis wstrząsającej brutalizacji życia codziennego i zdziczenia wszelkich form egzystencji.

Tyrmand, pisząc swój Dziennik, był w szczytowej formie intelektualnej i w połowie swojego życia, z czego zapewne nie zdawał sobie sprawy.
Wiedział, że pisze dla siebie i być może dla pokoleń, które wyzwolą się z jarzma komunizmu, co w owych czasach wydawało się niemożliwe dla nawet najbardziej niepokornych i światłych umysłów.

Porażające jest dla mnie odczucie, że w dzisiejszej demokratycznej i wyzwolonej Polsce niektóre opisywane przez Tyrmanda zjawiska życia Anno Domini 1954, postawy ludzkie, układy i koterie oraz mentalne uwarunkowania „przeciętnych obywateli” przetrwały i że w nowej, lecz karykaturalnej odsłonie zdają się być rdzeniem tego, co nazywamy „polskim piekiełkiem”.

To, co poruszyło mnie najmocniej, to błyskotliwy intelekt autora, wyrazistość jego poglądów, doskonały zmysł obserwacji, erudycja, nieprzejednany krytycyzm wobec pospolitych przywar ludzkich i niepozostawiające złudzeń opisy obyczajowości elit ówczesnej Warszawki.

Uzupełnieniem bardzo osobistego portretu mistrza była lektura książki „Tyrmandowie. Romans amerykański” Agaty Tuszyńskiej.
Jest to wywiad z ostatnią żoną pisarza, uzupełniony miłosną korespondencją obojga bohaterów.

 

Byłem kartoflarzem?
Trzecia pozycja to książka, którą polecam miłośnikom krytycznego spojrzenia na współczesną Rosję.
Jest to pełna humoru i grozy opowieść angielskiego dżentelmena, który w roli doradcy finansowego wylądował, ze swoją nieco naiwną fascynacją wschodem, w dzikiej Rosji Jelcyna, aby dać nowemu rosyjskiemu człowiekowi możliwości zasmakowania w dobrobycie zachodu poprzez kulinarny mistycyzm ziemniaczanego fast foodu.
Czas na tytuł tej fascynującej opowieści, oto John Mole i jego wyznanie „Byłem ziemniaczanym oligarchą. Jak prowadzić biznes w Rosji i nie zwariować”.

 

Czytajmy dalej