Dr Marcin Winiarski

Dziś opowiem ci o człowieku, zwyczajnym ale i nie zwyczajnym, o przyjacielu, nie tylko moim czy Creamteam, ale i sztuki oraz kreacji, chociaż zawodowo związał się z badaniami, cyferkami i wykresami…
To historia o smutnym wprawdzie finale, który miał miejsce wczoraj wraz z nagłym i niespodziewanym odejściem Pana Doktora, ale jednocześnie historia wspaniała, jedna z najjaśniejszych kart w moim życiu… a zaczęła się tak:

 

Dr. Marcin Winiarski on Linkedin rec. by mareksy

W tamtych dniach byłem zwykłym studentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Wrocławskiego, gdy spotkałem dra Winiarskiego na zajęciach, które dla nas prowadził z marketingu.
Wielu by uznało, że miałbym wszelkie prawo nudzić się na tych zajęciach, wszak nie dość, że byłem jeszcze gniewnym i buntowniczym młokosem, to już doświadczonym zawodowo, piastowałem bowiem wtedy stanowisko zarządzające jednej z wrocławskich agencji reklamowych.
Doktor jednak nie dawał szansy nudzie czy lenistwu i w nauczaniu nie brał jeńców, co nadzwyczaj przypadło mi do gustu. Okazało się, że to były najlepsze zajęcia, nie tylko roku, ale wręcz całych studiów.

Na dodatek, Pan Doktor zaproponował mi współpracę, jeszcze na studiach, z czego zawsze byłem dumny i podkreślałem ten fakt w CV. Gdy zastanawiam się nad tym gestem, to myślę, że chyba wierzył we mnie bardziej, niżbym ja sam kiedykolwiek potrafił.
Wierzył w nas wszystkich, których sobie upodobał.
Dlatego Małgosię, jego doktorantkę, wyznaczył do współpracy z nami nad projektem realizowanym z kołem naukowym, któremu patronował. Wiedział, że to będzie droga przez mękę dla niej, ale wiedział też, że dostanie u nas najlepszą szkołę zawodu i wiedział też, że dziewczyna da sobie radę, że okiełzna bandę profesjonalistek i profesjonalistów, którzy nie tolerują adeptów zawodu w swoim gronie.
Czuwał też dyskretnie nad nami, jak wtedy, gdy jego student jechał na wymianę studencką na Cypr, a Doktor poprosił mnie i Irenę o osobistą opiekę nad chłopakiem z racji naszego ówczesnego zamieszkiwania w tym kraju.

Tak było i chociaż zajęcia dawno się skończyły, a lata mijały, niepostrzeżenie nasza znajomość pogłębiała się, nawet jeśli nigdy nie straciła pewnej dozy formalizmu, a my nie widywaliśmy się zbyt często.
Wprawdzie Pan Marcin zaczął być traktowany przeze mnie jak przyjaciel, a z czasem stał się wręcz przyjacielem domu, by wreszcie zostać wielkim orędownikiem Creamteam, jednak nadal sobie „panowaliśmy”, bo nigdy nie odważylibyśmy się z nim  przejść w Creamteam na mniej formalną stopę. Pan Winiarski był bowiem jednym z tych nielicznych ludzi, których szanowałem i z których zdaniem zawsze się liczyłem.

Było tak, gdyż dr Winiarski był człowiekiem miłym i ciepłym, skromnym, ale i stanowczym, już na pierwszy rzut oka było widać, że dla swojego zawodu poświęcił każdą chwilę i doskonale zna swoją dyscyplinę naukową.
To jedna z tych osób, która wzbudzała respekt samym wnikliwym spojrzeniem. Instynktownie wyczuwało się także, że w tym człowieku kryje się nie tylko godność, skromność, wiedza i rozum, ale i mieszka w nim mędrzec większego formatu, pozbawiony jednak jakiejkolwiek formy arogancji.

Będzie mi więc brakować jego słów, którymi potrafił w dystyngowany sposób zwrócić uwagę na istotę problemu, myśli, którą przedstawiał, czy zasygnalizować niestosowność sytuacji, ale i, ku mojemu zdziwieniu, przeprosić, gdy uznał, wbrew sytuacji, że należy tak postąpić.
Będzie mi brakować jego dyskrecji i troski o rodzinę, szczególnie jego piękną, jak mawiali wszyscy znajomi Doktora, żonę. Zawsze ciepło się wyrażał o kobiecie swego życia i widać było tę więź między nimi, choćby wtedy, gdy zamówił u nas dla swojej małżonki ten font:

Font dla dra Marcina Winiarskiego, wykładowcy Uniwersytetu Wroc

Będzie mi go brakować, tego głosu z dyszkantem, mądrego spojrzenia spod bujnych brwi i tego szalonego kucyka, tak młodzieńczego i pozornie nie pasującego do jego pozycji i wieku, a tak właśnie zrośniętego z obrazem Doktora, który zawsze w sobie nosiłem.
A obraz to człowieka mądrego nad wyraz, lecz nie nobliwego i statecznego, a wręcz przeciwnie, zawsze uśmiechniętego i skorego do żartów i psot.
Człowieka, który wymykał się formatce narzucanej rolą i obowiązkami, który zawsze potrafił mnie zaskoczyć i dowcipnie to zaskoczenie spuentować, jak na przykład wtedy, gdy odnalazł mnie na Facebooku, gdzie przedstawiał się jako wykładowca… nie, nie naszego Uniwersytetu Wrocławskiego, ale mojej wrocławskiej ASP (gdzie, nawiasem mówiąc, faktycznie także wykładał, o czym nie wiedziałem).

Wielki duch w słabym ciele, wszystkich nas miał za wartościowych i wartych zachodu, niech spoczywa w spokoju.

Debata Ekonomiczna 2015 Uniwersytet Wrocławski, dr Marcin Winia

Sport, muzyka oraz gry

Praca, rozrywka i zdrowie, trzy ważne składniki naszego życia, ale chyba nie dla Polaków! Sądzę tak, bo gdzie nie spojrzeć, tam same kwiatki! Kilka z nich dzisiaj pokażę.

 

Zapytał mnie kiedyś pewien urzędnik w taki oto sposób:

Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego ludzie wysyłają takie znaki [od autora: kiepskie technicznie lub niedostosowane do warunków druku logo, logotypy do produkcji]?
Bardzo jestem ciekaw Twojej konkluzji.
I zwróć uwagę, że to nie jest jeden niedouczony ćwok, tylko jest to zjawisko masowe.
To norma jest ogół, czy margines?

Przez długi czas zastanawiałem się, co tu można powiedzieć lub czego użyć w charakterze odpowiedzi. Szczególnie ostatnie zdanie wydaje mi się niepokojące. Przyznam, że nie mam odpowiedzi na takie dictum.
Może tylko tyle, że wciąż ktoś nas poucza, by równać do lepszych, by robić swoje, by pracować jak należy. Zbyt często jednak okazuje się, że pouczający nas uważają, te reguły są dla nas, a oni to już jak stryjenka będzie uważać.
Gdybym chciał być bezczelny, odpowiedziałbym, że przysyłają, bo lubią bezmyślnie powtarzać czynności, i to im sprawia największą radość:

Myślę, że powinieneś o tym napisać ciekawy tekst na bloga (niekoniecznie pastwiąc się przy tym, na tych, którzy przesłali logotypy—im zawsze takie wystarczały i im się podobają, więc Twoje oczekiwania są dla nich niezrozumiałe.
Skoro działa, to po co kombinować z czymś innym.

Uważam jednak, że urzędnik zapomniał, prawdopodobnie działa tylko dlatego, bo rzesza bezimiennych żuczków detepistów na tyłach wroga zmienia codziennie losy tej wojny i sprawia, że faktycznie działa.
Jeszcze upomniałbym się o cały dorobek ludzkości, która wiele zrobiła, by pchać kamyk Syzyfa do przodu. Może spróbowałbym upomnieć się o fantazję i ciekawość oraz należne im miejsce… a może po prostu pokazałbym obrazek (jest na końcu tego postu, ale jeszcze nie przewijaj, bo może coś stracisz?!).

Czytajmy dalej

Na dziesiątego kwietnia

Słyszę głosy.
Cokolwiek myślisz w tej chwili, wiedz, że się mylisz!
Mówiąc jednak po francusku, alle (do rzeczy)!

Głosy te pochodzą zewsząd (i raczej z zewnątrz), więc mam nadzieję, ze mną raczej wszystko w porządku. Głosy to oburzone, potępiające jakość dziennikarstwa polskiego.

Przyznam, że się nie dziwię. Poziom dziennikarskiego tałatajstwa jest już niemal nie do ogarnięcia, za chwilę trzeba będzie sobie także redakcje wykreślić z CV, tak jak teraz wypada nie przyznawać się do pracy w reklamie (na marginesie, temat, który poruszyłem w trakcie debaty na Uniwersytecie Wrocławskim).

Tym gorzej znosi się ten poziom pisarstwa, depresyjny jak Niderlandy, że dziennikarstwo niskich lotów robi się bardzo bezczelne, tu i ówdzie karząc sobie płacić za wybrakowane językowo produkty:

Czytajmy dalej

USP

reklama na boczku 1 usp

Jeśli ktoś uważa, że reklama jest wtedy dobra, kiedy można ją dopasować do wielu podmiotów lub przedmiotów, to, zaprawdę, powiadam wam, biada mu, bo publicznie wyznaje grzech nieznajomości USP, a jeśli rości sobie prawo uznania jego niewiedzy, tym gorzej dla niego, głupców kochają tylko brzydkie dziewczyny.