Logo nie byle jakie, repryza

Nasz wpis o technicznych aspektach przygotowywania znaków i identyfikacji okazał się być bardzo popularnym. Doczekaliśmy się nawet wzmianek o nim oraz powoływania się na nasze opracowanie. To cieszy, bo może… Może coś się wreszcie zmieni i znaki nabiorą technicznej poprawności. Może mamy głupią matkę, ale nadzieja umiera ostatnia. W sumie, o interes nasz i naszego klienta się tu, cały czas, rozchodzi, więc rościmy sobie prawo do tej walki, o jakość pracy.

Orli Dom odwołał się do naszego wpisu w najnowszym artykule pt. Orły urzędów skarbowych. Cenne to dla Creamteam Branding & Advertising Design Studio odwołanie, bo blog specjalistyczny, wręcz wąsko specjalizowany.
Mamy więc nadzieję, graniczącą z pewnością, że fachowcy rozumieją, co napisaliśmy, i nie będziemy ponownie zmuszani do tłumaczenia, jak to miało miejsce kilka dni temu na fanpage Creamteam Branding & Advertising Design Studio na Facebooku, że nasz artykuł pt. Logo nie byle jakie!, nie atakuje naszych klientów, bo nie może tego robić, skoro ich nie opisuje, chyba żeby wspomnieć jedno zdanie z tego artykułu, w którym stwierdzamy:

Dobrze, że mieliśmy ogromne wsparcie ze strony klienta, który wziął na siebie zdobywanie znaków we właściwych wersjach.
Bardzo dziękujemy!

Jak więc widać, artykuł był raczej wołaniem w obronie interesów naszych klientów, kto czytał, ten wie. Kto czytał po łebkach lub nie czytał wcale, ten faktycznie twierdzić może, że strzelamy sobie w stopę, bo przecież potencjalni klienci (czytaj, opisane ministerstwa), nie zechcą z nami współpracować.

Stoimy na stanowisku, że mogą nie chcieć, ale to w ich interesie jest, by nawiązywać współpracę tylko z najlepszymi, bo przecież 38 milionów par oczu patrzy na ich reprezentację, czy to w postaci identyfikacji czy zachowania, a i za granicą obserwują. To w interesie każdego podmiotu jest pracować sprawnie i skutecznie, co najczęściej sprowadza się do stwierdzenia: szybciej i taniej.

Jeśli więc chcą być obsługiwani szybciej, taniej i lepiej oraz zgodnie z ich wybujałymi księgami znaku, zaleceniami brandingowymi, ale i egotypami (a jakże) osób decyzyjnych—a chcą, o czym za chwilę—to muszą mieć znaki i opracowania, które działy DTP/ Pre-press mogą obsłużyć jednym kliknięciem a nie dwoma, posiłkując się tu słowami znanego typografa Łukasza Dziedzica, bo:

Łukasz Dziedzic o tworzeniu za pomocą oprogramowania graficzne

 

Skoro o czasie mowa, nadszedł moment—wzorem już wspominanego tu artykułu Creamteam Branding & Advertising Design Studio o technicznych aspektach przygotowywania znaków i identyfikacji—na zamieszczenie przykładu, którym dziś będzie ponownie znak „wprost do użycia”, nadesłany kiedyś naszemu klientowi (a więc i nam) do wklejenia do projektu.

Czytajmy dalej

To się nie dodaje!

Gdy w połowie stycznia niemal cała sieć i branża reklamowa piała jednym głosem (raczej nie słychać było głosów przeciw) z zachwytu nad kreacją reklamy z Mumio występującym w Play, milczałem i zaraz wyjaśnię ci, dlaczego.
Wyjaśnię też, dlaczego milczeć już nie mogę!

 

Ukraina

Nad moim początkowym milczeniem zaważyło jedno słowo: Żytomierz; i jeden kontekst, w którym zostało ono umieszczone:
—Żytomierz.
—Możemy tu zostać, tak?
—Tak, to się jeszcze okaże.

 

Cóż, mało zabawne wydało mi się—potomka mieszkańców polskiego Żytomierza właśnie—że sprawy takiego kalibru—jak zaszłości polsko-ukraińskie, czytaj rzeź Wołynia, oraz odebranie nam naszych ziem w Jałcie (Żytomierz należy do miejsc oderwanych), skutkujące najpierw niepewnością, co do możliwości pozostania w swych domach, a potem wypędzeniem Polaków (tu szczególnie źle brzmi dla mnie przytoczony dialog)—mogą być użyte w Polsce jako kanwa do absurdalnego żartu, przez wielu porównywanego nawet do wcześniejszego mocnego wejścia Mumio na scenę reklamową czyli skeczu z kopytkiem. I to jeszcze w kontekście afery z Ukrainkami „gwałconymi” w polskim radiu czy strachu polskich władz przed nazwaniem rzeczy po imieniu (ludobójstwo na Wołyniu).

Czytajmy dalej

Polemika akronimów

W trakcie jednego z ostatnich wywiadów, którego udzielałem, nagle stwierdziłem, że przecież pozostajemy aktywnymi twórcami bloga Creamteam Branding & Advertising Design Studio nieprzerwanie od 9 lat.
Oczywiście, w takim momencie nie obyło się bez kolejnych pytań, na przykład kto w tamtych latach był już obecny na scenie. Przypomnienie sobie imion tych twórców zajęło mi dłuższą chwilę (bo większość jest już dziś nieaktywna), ale dopiero kolejne pytanie kompletnie mnie zastrzeliło.

Front Korony

Zapytany bowiem dalej, kogo z blogowiczów czytam regularnie w chwili obecnej, musiałem się zastanawiać jeszcze dłużej, by skonstatować wreszcie, że, właściwie, to nikogo nie obdarzam już dziś regularną obecnością na jego łamach.
Winna jest chyba powszechna pauperyzacja treści pisanych, nie jest łatwo czytać w świecie, w którym gazety ogólnokrajowe zeszły na poziom gazet prowincjonalnych, te na poziom słabych blogów, a blogi… i tu nie tylko Instytut Obrony Przecinka ma co robić!

To oświadczenie oczywiście nie oznacza, że nie czytam, nie przeglądam, nie szukam.
Są stałe punkty na tej czytelniczej mapie, do których z przyjemnością wracam.
Zauważ w tym miejscu, proszę, że kilku najlepszych moim zdaniem autorów przewrotnie wskazałem już w swoim tekście o blogosferze.
Jednym z tam wymienionych jest Zbigniew Brzeziński. Nie tylko dlatego, że ma ciekawe idee i poglądy „do sprzedania”, ale może przede wszystkim z powodu stawania się dla mnie paliwem do myślenia, a jak wiadomo przynajmniej od czasów Hannah Arendt, myślenie in spe jest najważniejsze.
Autor ma też pomysły, różne różniste, nie mnie oceniać. Pomysły, po prostu.
Jednym z ostatnich było zaproszenie do dyskusji (na profilu Zbigniewa) nad… tekstem Mirosława Usidusa:

Czytajmy dalej